Zaznacz stronę

Zaczynam pisać po raz dziesiąty, bo co chwilę znajduję „ciekawsze” zajęcie, które odrywa mnie od pisania. Zbyt długa przerwa utrudnia mi ponowne rozpoczęcie, bo im dłużej zwlekamy tym trudniej zacząć. Jednak jak zawsze upadam, podnoszę się i idę dalej, tylko czasami mija trochę więcej czasu zanim zacznę wstawać. 

Upadam

Jednodniowa przerwa przerodziła się w przerwę tygodniową, następnie w miesięczną, a obecnie w prawie w kwartalną. Przerwa od diety, ćwiczeń, nauki i pisania bloga.
Wiele kwestii złożyło się na tę przerwę, poniżej krótko opisuję tylko te wymienione powyżej.
Dietę przerwałam po zachłyśnięciu się pierwszym efektami. Waga pomimo nie trzymania się jej pilnie, nadal się utrzymała, więc nie pojawiła się motywacja do kontynuowania zdrowej diety, a grzeszki pojawiały się co raz częściej. Ćwiczenia zarzuciłam przez ból kolan, który pojawił się, gdy weszłam na nowy stopień trudności treningów. Teraz już wiem, że się przetrenowałam i miałam odpuścić, wracając na niższy poziom, a nie przestając ćwiczyć. Przestałam również uczyć się języka, gdy okazało się, że obecny poziom pozwolił mi się komunikować, co prawda nie swobodnie, ale wystarczająco, żeby się dogadać. Blog został porzucony, bo pewność siebie spadła, gdy zaniedbałam pozostałe sfery życia.

Nie lubię tego stanu, który nazywam życiową wegetacją, bo pomimo, że funkcjonuję normalnie, to nic się w życiu nie zmienia na lepsze. Na gorsze również nie, jednak stanie w miejscu każdego dnia zabija wiarę w osiągnięcie marzeń.

Patrząc realnie to osiągnęłam w każdej z tych wymienionych sfer półmetek. Ważę tyle ile przed ciążą, ćwiczę 3 razy w tygodniu, dogaduję się po niemiecku. Mogłabym na tym poprzestać, ale chcę więcej.

Podnoszę się

Najtrudniej jest zacząć po długiej przerwie. Każdy większy wysiłek jest bolesnym wyjściem ze strefy komfortu. Nie chcę, ale wiem, że muszę zrobić więcej, jeżeli chcę osiągnąć cel, a marzenia mają się spełnić. Zmuszam się każdego dnia i przekonuję Wewnętrznego Lenia, że za chwilę będzie już łatwiej, bo niektóre czynności na powrót staną się rutyną.

Wewnętrzny Leń się buntuje i czasami wygrywa, ale nie poddaję się i nawet kilkanaście razy dziennie zmuszam go nawet do najmniejszych działań, które chociaż na milimetr wysuwają go ze strefy komfortu.
Zmuszam się, chociaż tak wiele pokus jest w okół, a każda pokusa jest wymówką by odłożyć marzenia na kiedy indziej. A im bardzie odsuwają się na „kiedy indziej„, tym bliżej im do „nigdy te marzenia się nie spełnią„.

Idę dalej

Dopiero wstaję, ale szłam już nie raz. Wielokrotnie moje marzenia się realizowały i doskonale znam to uczucie, gdy wiatr wieje prosto w żagle i dodaje dodatkowych sił, by osiągać cele. Mam w pamięci ten stan pełnej motywacji do działania, tworzenia i zmieniania mojego otoczenia, a przy tym ogromną radość z robienia tego co kocham. Wewnętrzny Leń gdy wyjdzie ze strefy komfortu i zadomowi się w nowym obszarze, stanie się Lwem, który zgodnie z sobą będzie szedł przed siebie, nie zważając na chwilowe potknięcia, bo marzenia będą w zasięgu jego wzroku.

Dlatego każdego dnia zaczynam od nowa. Podnoszę się i próbuję iść dalej.