Zaznacz stronę

Wszystko co robię ma na celu przynieść jakieś profity w przyszłości, więc wizja końca sama w sobie powinna być motywująca. Dla mnie nie jest. Dlatego właśnie zostałam zmuszona do znalezienia rozwiązania, jak napędzić swoją motywację, żeby móc się rozwijać i osiągać cele. 

Słomiany zapał vs. rywalizacja

Nie da się ukryć, że mam słomiany zapał, gdy nie widzę szybkich efektów, tracę motywację. Dużym wyzwaniem jest dla mnie utrzymanie zdrowej diety, której efekty widoczne są najwyżej raz w tygodniu podczas ważenia i pomiaru centymetrem krawieckim. Analogicznie, efekty niezdrowej diety nie pojawiają się następnego dnia i o ile jeden dzień bez zdrowych posiłków nie wpłynie negatywnie na pomiary, to cztery zdecydowanie tak.
Nauka rysunku sama w sobie sprawia mi radość, jednak jest monotonnym zajęciem, bo postępy są wręcz niezauważalne, więc każdego dnia zmagam się na nowo ze swoją kiepską kreską. Pomimo tego, że w efekcie końcowym nabiorę w końcu wprawy i wierzę, że mogę stać się dobra w tym czego właśnie się uczę, to ta perspektywa jest tak odległa, że nie jest dla mnie w żaden sposób motywująca.
Szczerze powiedziawszy, takie zniechęcenie pojawia się w każdej strefie życia, ale na szczęście lubię też rywalizację (nawet sama ze sobą) i na tejże rywalizacji oparłam swoją motywację do działania.

Docenianie własnej pracy

Dawno temu wdrożyłam w życie system motywacji oparty na nagrodach, która należała mi się dopiero po osiągnięciu celu. Ten system nie do końca się jednak sprawdził, bo o ile wizja końca jest motywująca przez pierwsze parę dni, o tyle po paru tygodniach ta wizja bardziej zniechęca. Zniechęcająca jest ta żmudna i ciężka praca, którą trzeba włożyć żeby osiągnąć cel. Porzuciłam więc nagradzanie siebie dopiero po osiągnięciu celu i zamiast tego nagradzam siebie za pewne schematy działań/zachowań wykonywanych regularnie.

Ustalam ambitne, ale mimo wszystko realne targety działań i zachowań, które mają przybliżać do marzeń, tak by raz na tydzień/dwa tygodnie móc się nagrodzić. Nagrody celowo są rozciągnięte w czasie, bo zależy mi na tym, żeby faktycznie były nagrodami. Nie chciałabym w tygodniu nagradzać się kilkanaście razy, bo musiałabym wymyślać mniej wartościowe nagrody, żebym mogła je sobie sprezentować, a mniej wartościowe nagrody straciłyby kontekst motywacyjny. Tym  sposobem doceniam swoją pracę włożoną w codzienną naukę, wykonywanie treningów, trzymanie diety, czy pisanie postów (co jak widać ostatnio jest  zaniedbane).

Osiągnięcie narzuconych limitów jest dla mnie trudne do osiągnięcia, dlatego tym bardziej się cieszę gdy im sprostam. Nie dość, że jestem z siebie dumna, to jeszcze mogę wybrać sobie za nie nagrodę.

Motywujące nagrody

Listę z możliwymi nagrodami mam zapisaną w notesie, wymienione są tam wszystkie rzeczy, które chciałabym mieć (ale nie są rzeczami pierwszej potrzeby), oraz które są w moim zasięgu finansowym i czasowym. Nie obiecuję sobie nagrody na którą mnie nie stać, albo jej wykonanie jest niemożliwe w obecnej sytuacji życiowej (te znajdują się na innej liście). Ważne, żeby pragnienie zdobycia tych nagród motywowało mnie do starania się, żeby je zdobyć.

Lista cały czas się rozbudowuje i znajdują się na niej rzeczy droższe, ale również tańsze, których w tym momencie w ogóle nie potrzebuję, ale fajnie byłoby je mieć, jak na przykład ulubiona telefoniczna aplikacja w wersji premium czy nowy lakier do paznokci. Te droższe również są na tej liście (biżuteria, perfumy, kosmetyki z wyższej półki). Mam również abstrakcyjne nagrody w postaci dnia lenistwa totalnego, gdzie bez skrupułów mogę robić nic przez cały dzień.

Te nagrody motywują mnie do działania, bo o ile nic się nie stanie gdy ich nie zdobędę, ot, tylko nic się nie zmieni w moim życiu (i to w każdej kwestii), to gdy jednak się postaram, to zmieni się wiele, a ja zyskam coś jeszcze. Taki bonus do wolno postępujących zmian na lepsze.

 ‍

Dostrzeganie małych sukcesów i docenienie siebie może być niezłym motywatorem do zmian. Jak się człek dobrze rozpędzi to docenienie siebie przerodzi się w perpetuum mobile, a realizacja marzenia będzie na wyciągnięcie ręki.

  ‌

Popłynęłam.

A może nie?